Czy byłeś kiedyś w totalnej rozsypce? Takiej, że zadania i problemy się piętrzyły niczym fala tsunami, a Ty zwyczajnie nie dawałeś rady jej ogarnąć?

Bo ja byłam.

I teraz uwaga: na bank możesz mnie przelicytować. Pewnie byłeś kiedyś w gorszej sytuacji. Albo znasz kogoś, kto był. Albo przeczytałeś o nim w książce czy w Internecie.

Nie, nie byłam matką, która została sama z pięciorgiem dzieci. Nie, nie prowadziłam dwóch biznesów po godzinach pracy etatowej. Nie, nie mieszkałam w wiosce oddalonej o 10 km piaszczystej drogi od źródła wody pitnej.

Ale ta świadomość wcale nie sprawiała, że czułam się lepiej. Wręcz przeciwnie, uginając się pod stosem problemów, dorzuciłam do nich jeszcze jedną cegiełkę: Inni dali radę, więc czemu ja nie daję? Muszę być beznadziejna.



Choroba

To tak, jak wtedy, gdy jesteś chory. Głowa pęka od bólu, koncentracja jest na poziomie Rowu Mariańskiego, o katarze czy kaszlu nie wspomnę. Zgodnie z powyższą logiką, powinieneś powiedzieć sobie Ale przecież nie mam malarii ani nie jestem sparaliżowany od szyi w dół. Więc nie powinienem narzekać, tylko z werwą realizować zadania!

Tak… tyle że nie.

Owszem, to świetnie, że nie masz żadnej choroby. Wdzięczność za to, co mamy (lub czego nie mamy), jest bardzo szlachetną postawą. Serio.

Ale wiesz dobrze, że jeśli nie położysz się pod kocem, nie odpoczniesz na chwilę, nie weźmiesz leku czy chociażby nie zrobisz herbaty z cytryną – to będzie tylko gorzej. I że od samego wmawiania sobie, że jest ok, wcale tej werwy do realizacji zadań nie nabierzesz. A może tak niewiele wystarczyć, by poczuć się lepiej.

Więc czemu to, co jest dla nas jasne przy chorobie, przy problemach niefizycznych wcale takie nie jest?



Nie ma dwóch takich samych ludzi

Kontynuując porównanie – na pewno słyszałeś opowieści ludzi, którzy z gorączką to zorganizowali konferencję na 800 osób, zajmowali się rodziną, założyli dwa biznesy, a potem jeszcze wbiegli żwawym truchtem na Mount Everest.

Jasne.

Tylko że mamy kilka problemów:

Po pierwsze, te success stories często – mniej lub bardziej świadomie – pomijają te bardziej prozaiczne karty w opowieści. Te momenty, gdy Krzysiu czy Zosia mieli dość wszystkiego i padali na pysk ze zmęczenia. Albo to, że dana osoba mogła liczyć na czyjeś wsparcie. Nie ma dwóch takich samych sytuacji.

Po drugie – nie ma dwóch takich samych ludzi. Wyobraź sobie, że wybierasz się na przebieżkę z Eliudem Kipchoge, aktualnym rekordzistą świata w maratonie. Ty biegniesz po raz pierwszy w życiu od czasu berka w trzeciej klasie podstawówki. Biegniecie we dwójkę, jego tempem. Po pięciuset metrach wypluwasz płuca – Eliud biegnie dalej. Co robisz?

  1. Dajesz sobie spokój i postanawiasz od jutra ćwiczyć w swoim własnym tempie.
  2. Stwierdzasz, że “on dał radę, to ja też!” i usiłujesz utrzymać tempo.

Jak sądzisz, które rozwiązanie będzie dla Ciebie odpowiednie?



Nie czekaj, aż spadniesz na samo dno

Człowiek to nie piłeczka kauczukowa, która tym wyżej wyskakuje, im mocniej nią uderzysz o ziemię. Wygrzebywanie się z totalnej rozsypki jest okupione dużo większą ilością pracy. Zszargane nerwy czy zdrowie wcale nie tak prosto jest naprawić i doprowadzić do stanu używalności.

Więc jeśli czekasz na diagnozę lekarską i wypisanie recepty na odpoczynek, to może zastanów się, czy nie lepiej zadziałać wcześniej.



Co zrobić?

Nie chodzi o biczowanie się i nurzanie w poczuciu winy. Nie chodzi też o popadanie w malkontenctwo i marudzenie, że Ło jeruna, tak mi źle.

Po prostu przyznaj – sam przed sobą – że wcale nie jest tak dobrze. Że wcale nie I’m fine, thank you. I że czas coś z tym zrobić.

Jak sobie z tym radzić? Oto pytania, które możesz sobie zadać:



Co teraz czuję?

Nazwij swoje emocje i odczucia. Najlepiej usiądź z długopisem i kartką papieru – w myślach często uciekamy od konkretnych określeń. Nie oceniaj się, nie biczuj – emocje nie są złe czy dobre, po prostu są. Jeśli nie jest dobrze, to to przyznaj – nie przyklejaj sztucznego uśmiechu na usta.

Na emocje i odczucia nie trzeba mieć żadnego specjalnego pozwolenia. Nie trzeba wnosić opłaty skarbowej ani uzyskać na podaniu stempelka od mamy, kolegi/koleżanki, bywalców forów internetowych i pani z urzędu. To nie tak, że “nie masz prawa” czuć się zmęczony, rozdrażniony, zdenerwowany. Nieważne, ile osób w gorszej sytuacji jest chodzącymi promykami szczęścia.

To są sygnały organizmu: kiedy pojawiają się te negatywne, to znaczy, że coś jest nie tak. Czasem trzeba zmienić to, co na zewnątrz, a czasem to, co w środku.



Co mogę zmienić?

Jeśli cały czas robisz to samo, trudno oczekiwać innych efektów. Jeśli od pięciu tygodni czujesz frustrację i znużenie ogromem zadań, to istnieje duża szansa, że i w szóstym nie staniesz się nagle wypoczęty i pełen energii – o ile czegoś nie zmienisz. Możesz zadać sobie pytania:



Z czego mogę zrezygnować?

Może coś odłożyć na później, a może całkiem sobie odpuścić? I jeśli jest już źle, to może być potrzebne radykalne cięcie. Nawet jeśli obiektywnie dane zadanie jest obiektywnie dobre, to może trzeba je odpuścić, żeby zrobić miejsce dla czegoś, co jest lepsze, przynosi więcej korzyści.

Jakiś czas temu zapisałam się na lekcje japońskiego – było to przyjemne i na pewno wartościowe, ale gdy mój czas wolny skurczył się do zera, z bólem serca z niego zrezygnowałam. Zdecydowałam się na inne zajęcia, które mogą bardziej zaprocentować w moim życiu zawodowym.



Co mogę oddelegować?

W czym mogę poprosić kogoś o pomoc? Może jest ktoś, kto mógłby zrobić coś za Ciebie – nawet jeśli nie tak idealnie, jak Ty.



Co mogę usprawnić?

Może coś można zautomatyzować albo łatwiej poukładać? Jeśli co dzień biegasz po sklepie w poszukiwaniu produktów na obiad, planowanie posiłków może pomóc Ci zaoszczędzić czas. 



Co jest nieistotnym szczegółem?

Kiedy nie masz czasu, stajesz przed wyborem: perfekcjonizm albo Ty. Kiedy wykonywanie zadań przypomina walkę o przetrwanie, w wielu przypadkach wystarczająco dobre jest dla mnie całkowicie zadowalające.



To nie jest licytacja

Kto ma więcej na głowie? Kto ma gorzej i trudniej? Kto uzyskuje wyższą notę jury w padaniu na pysk w stylu dowolnym? Z jakiegoś powodu bycie zarobionym jest często uznawane za powód do dumy. Im więcej zadań wciskasz w ciągu dnia, tym więcej punktów fajności przyznaje Ci społeczeństwo.

Doszłam do tego, by takie dyskusje omijać szerokim łukiem. I staram się gryźć w język, gdy słyszę, że ktoś narzeka na brak czasu i zmęczenie, będąc singlem i mając “tylko” pracę na etacie. Nie komentuję, gdy koleżanki z pracy omawiają kolejny obejrzany serial z Netfliksa, a potem mówią, że na coś tam nie starczyło im czasu. Bo co mi do tego? Nikt mi nie płaci za prowadzenie im rozkładu dnia.

Ale tak samo daję sobie prawo do tego, żeby powiedzieć sobie Nie daję rady. Żeby nie mieć wyrzutów sumienia, bo moja mama ogarniała dom i wychowała dwójkę dzieci, dorabiając jeszcze w weekendy, a kolejna osoba w moim wieku (lub – o zgrozo! – młodsza) zakłada świetnie prosperujący biznes. Żeby odpuszczać sobie dodatkowe zadania, jeśli nawet nie ryję jeszcze nosem rowka w ziemi. I żeby nie przyjmować motta igrzysk olimpijskich (Szybciej! Wyżej! Mocniej!) za moje motto życiowe.

Jeśli nie dajesz rady, to przyznaj to sam przed sobą. Nie porównuj się z innymi. Nie wmawiaj sobie, że powinieneś robić więcej i lepiej.